KOCHAM SOPOT,
bo właśnie tu przez kilka niepowtarzalnych młodzieńczych lat było mi dane:

•  mieszkać w małym, ale jakże szczęśliwym mieszkanku na Przylesiu, gdzie poczęło się we mnie nowe życie i skąd tak blisko było do Opery Leśnej latem i Łysej Góry zimą,

•  zatańczyć w połyskującej srebrnym brokatem sukience w kolorze indygo na deskach Opery Leśnej, na 26. Międzynarodowym Festiwalu Piosenki, gdzie Savage śpiewając "Loosing you" porwał serca sopockiej publiczności,

•  chłonąć wiatr pełen jodu; bawić się z przyjaciółmi w berka na molo, uważając na braki desek w jego poszyciu, by wraz z upływem czasu odkryć na nowo czar 179-letniej, ponad 500 - metrowej, najdłuższej drewnianej promenady Europy z duchem Jerzego Haffnera,

•  przytulić się do rozgrzanej słońcem sopockiej plaży, by zostać obdarowaną najoryginalniejszym makijażem lata, malowanym na wilgotnej skórze połyskującymi ziarenkami bałtyckiego piasku,

•  zasnąć w wiklinowym koszu Grand Hotelu, kołysana morską bryzą i tulona czerwonym blaskiem zachodzącego za horyzont słońca,

•  wsłuchać się podczas kolacji w pełnym secesyjnego uroku Grandzie w tęskne dźwięki instrumentów cygańskich grajków i zadumać się na chwilę nad schyłkiem ich taborowego losu,

•  kupować ryby wczesnym świtem wprost z barwnych łodzi utrudzonych rybaków, dziękujących pod krzyżem za jeszcze jeden pomyślny połów i powrót,

•  bywać nieskończoną liczbę razy na ulicy Monte Cassino, upamiętniającą zdobycie włoskiego wzgórza przez żołnierzy Władysława Andersa, gdzie serce miasta bije najmocniej i którędy kiedyś wędrowali nad morze rybacy, a teraz niezliczone rzesze roześmianych, szczęśliwych, że mogą tu być, turystów,

•  stać niecierpliwie w długiej kolejce po kebab z cebulą i ogórkiem kiszonym zawiniętym niedbale w przemakalny papier,

•  pić wodę sodową na Monciaku za 20 groszy wprost z saturatora na kółkach, serwowaną spragnionym w tej samej niedbale płukanej szklance,

•  zaglądać do Triady, aby wśród wystawianych obrazów odnajdować piękne w swej prostocie miniaturki Bożeny Dudy i marzyć o kupnie chociaż tej najmniejszej,

•  napisać coś w Sopocie o Sopocie zachęcając turystów do przyjazdu na "Narty nad morze" i telewidzów do wspólnej "Gimnastyki rodzinnej" w pięknej scenerii barwnych łodzi odpoczywających w maleńkiej rybackiej przystani,

•  zarwać niejedną noc, bawiąc się w SPATiFie, którego wygląd przywodził mi na myśl, strych mojej babci, a gdzie aktorzy Teatru Ekspresji rywalizowali na barze o prymat tanecznego pierwszeństwa i gdzie serwowano pyszne chrupiące pierogi z serem,

•  wjechać na polsportach łamiącą się często wyrwirączką na szczyt Łysej, aby zachwycić się bajkowo rozgwieżdżonym niebem, gdzie spadające gwiazdy kąpały się wraz ze statkami w wodach Zatoki Gdańskiej,

•  poszusować 300 metrów w dół, aby z kubkiem gorącej herbaty w dłoniach, siąść przy kominku w Sabacie u podnóża Łysej i przy dźwiękach grającej szafy zachwycić się jedynym w swoim rodzaju tańcem iskier z płonących polan,

•  zostawić swoje serce i wiedzę przedszkolakom na Księżycowej i pacjentom Szpitala Reumatologicznego, otrzymując w zamian kosz pełen polnych kwiatów przeplatanych dziecięcym uśmiechem,

•  podziwiać codziennie w drodze do domu wielkie malowidło na murach Uniwersytetu Gdańskiego powstałe w 1988r., a będące pracą dyplomową Rafała Moczydłowskiego, który wzorując się na fresku Rafaela "Szkoła Ateńska", umieścił na nim obok dawnych mędrców, współczesnych mu profesorów, studentów, przyjaciół i - podobnie jak Rafael - siebie,

•  wracać późną nocą, zawsze szczęśliwie, z prób Teatru Ekspresji do utulonego szumem i zapachem morza i lasu śpiącego już Przylesia.

Nie jestem tu od zawsze, ale na zawsze zostanę, bo oprócz wspomnień jest tu jeszcze ktoś, jeszcze coś, jeszcze . . . . .

Elżbieta Perlińska

powrót